Albańska riwiera
Bardzo późno położyliśmy się spać i dlatego budzimy się około południa. Na dzisiaj plan jest nieskomplikowany - relaks na plaży, dobre jedzenie, a wieczorem wypad do klubu z muzyką.

Panorama z tarasu z widokiem na zatoke Vlore, a z lewej wzgórza półwyspu Karaburun

Auta bezpiecznie zaparkowane na podjeździe

Za sąsiednim ogrodzeniem błąkała się świnka

Bez śniadania ruszamy na 2 samochody prosto do centrum, bo wybiła pora obiadowa
Vlore jest typowym portowym miastem, większość zabudowań położona jest wzdłuż nabrzeża, tuż przy plażach ciągnie się również jedna z głównych ulic miasta. Z racji swojego położenia metropolia była niegdyś znana z największego przemytu ludzi do Włoch.

Z hoteliku młody Albańczyk zawozi nas do sprawdzonej knajpy, a przez drogę mamy dostęp do wody

Zamówiliśmy jedzenie i pobiegliśmy do Adriatyku jak małe dzieci

Woda okazała się niesamowicie ciepła, a kąpiel to czystą przyjemnością

Plaża miejska jest dość wąska na całej swojej długości i ma zaledwie kilka metrów

W oddali można dostrzec również port z ogromnymi statkami

Na południe od miasta rozciąga się już pasmo górskie Pindus

Przez nieuwagę wchodzę do wody ze świeżo wybranymi z bankomatu pieniędzmi, na koniec trzeba je osuszyć

Każdy dostaje banknocik i tak oto praliśmy albańską walutę

Podano do stołu

Po przystawkach z sałatek na główne danie wybieramy owoce morza

Jak szaleć to szaleć i po obiedzie kawiarenka obok restauracji serwuje nam desery

Puchar lodów, mrożona kawa lub świeżo wyciskane soki - każdy znalazł coś dla siebie
Popołudniem nasz albański przewodnik zabiera nas na małą malowniczą plażę, gdzie spędzamy czas do wieczora.

Kierujemy się na południe drogą SH8

Podobno ta trasa z Vlore do Sarande jest bogata w najpiękniejsze krajobrazy na południu, my pokonujemy zaledwie 10km

Kamienista plaża położona najgłębiej w zatoce staje się miejscem naszej poobiedniej sjesty

Przed relaksem na leżakach obowiązkowa kąpiel

Kilka pierwszych metrów to kamieniste dno, potem mamy już piasek pod nogami i przejrzystą wodę

Masaże wodne

Terapia z rozgrzanych kamieni

Przy plaży działa bar, więc zimne piwko również się znalazło

Tak nam upływało całe popołudnie

Nie nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić

Jesteśmy również świadkami malowniczego zachodu słońca

Gdy słońce chowa się za półwyspem - pora wracać

Tuż przy plaży zwolniło się boisko do siatki

Szybko formujemy składy drużyn i rozgrywamy meczyk

Ktoś zostawił żółtą piłeczkę, która dała nam tyle radości

Gramy całym sercem z pełnym poświęceniem, choć wysypane kamienie nie gwarantują miękkiego lądowania

Żaden serw nie zostaje bez odpowiedzi drużyny przeciwnej

Walka pod siatką jest emocjonująca

Jedno z ostatnich zagrań i pakujemy się do samochodów

Wracamy do naszego hoteliku by odpocząć i przygotować się na spotkanie z nocnym albańskim życiem

W pokojach chwila czasu wolnego i po godzinie wychodzimy na miasto
Co do wyboru miejsca na nasz nocny wypad znowu zdajemy się na rady właściciela budynku, który poleca nam klub muzyczny "Mju-Mju". Wystarczy zejść spacerkiem do linii morza i odnaleźć lokal przy plaży. We Vlore w ostatnich latach silnie rozwinęła się branża turystyczna, a co za tym idzie jest wiele pubów, dyskotek i barów.
Na przymorskim deptaku zjadamy kolację i docieramy do "Mju-Mju", a tutaj impreza się rozpoczyna. Tańców i hulanek nie ma końca, jesteśmy jakby w zabawowym transie prowadzeni muzyką i światłami. O 3 nad ranem wskakujemy do basenu przy którym trwa cała impreza, ochładzamy się i pływamy bacznie obserwowani przez zdziwionych gości dyskoteki i ochronę. Ostatecznie zmęczeni, ale szczęśliwi kładziemy się spać nad ranem...
Kolejny nasz ostatni dzień we Vlore i znowu przespany do południa. Nasz albański przyjaciel organizuje nam świeże burki na śniadanie i ruszamy w odwiedziny na półwysep Karaburun, jedno z bardziej dziewiczych i niedostępnych miejsc w Albanii.

Nasze auta skryliśmy wczoraj na tyłach budynku
Na śniadaniu właściciel pokazuje nam teledysk albańskiej grupy D-Alboz, która w 2010 wykorzystała ten budynek w swoim teledysku.

Przyjrzyjcie się uważnie temu hotelikowi, aby rozpoznać go na nagraniu poniżej
Białą willę można zauważyć już w pierwszych sekundach klipu - ot taka ciekawostka

Z tarasu podziwiamy widok na morze

Na śniadanie jeszcze ciepłe burki do wyboru z mięsem lub serem

Właściwie jest to nasz obiad
Półwysep Karaburun jest obecnie bazą wojskową piechoty morskiej o nazwie Pashaliman. Wczoraj zostaliśmy zapowiedzeni u dowódcy bazy, że dzisiaj rano zjawimy się, aby trochę pojeździć w tym rejonie. Wszystkiego dopilnował nasz Albański przewodnik, który również rusza z nami pod wojskowe bramy.

Z centrum mamy około 20km do miejscowości Orikum przy której znajduje się wjazd do strefy zmilitaryzowanej

Niestety na miejscu zjawiamy się grubo po godzinie 12-ej

Nie zostajemy wpuszczeni na teren półwyspu z powodu późnej godziny przyjazdu
Wojskowi dadzą nam zielone światło dopiero jutro z rana, jednak my musimy ruszać dalej, cóż Półwysep Karaburun zostanie jedną z naszych nieodkrytych tajemnic.
Kierujemy się zatem na północ w okolice miejscowości Fier, gdzie chcemy zwiedzić ruiny antycznego greckiego miasta Apollonia, a następnie znaleźć nocleg nad samym morzem.

Do przejechania mamy nieco ponad 60km, jednak mocno zakorkowane drogi sprawiają, że dopiero pod wieczór jesteśmy u celu

Pragnienie skutecznie gasi soda, w zasadzie gazowana woda z kawałkami cytryny bądź pomarańczy
Apollonia jest zlokalizowana właśnie w regionie Fier niedaleko wioski Pojani, jest to drugi co do wielkości i znaczenia (po Butrinti) kompleks historyczno-archeologiczny, jedna z największych atrakcji krajoznawczych w rejonie południowego Adriatyku. Ruiny zostały odkryte dopiero w XIX w. przez angielskich i francuskich podróżników.

Tablica z planem dawnej osady

Tak się składa, że trafiamy tutaj w sobotę, kiedy to jest wiele ślubów w okolicznych wioskach

Ruiny są chyba ulubionym plenerem ślubnych zdjęć, podczas naszego zwiedzania są tu 3 młode pary z fotografami i gośćmi
Osadę założyli tutaj koloniści greccy w 583r. p.n.e., leżała wówczas nad brzegiem morza i dzięki temu bardzo szybko się rozwijała. W tamtym okresie miasto było jednym z ważniejszych ośrodków handlu i domem sławnej szkoły filozofów. Jednak po trzęsieniu ziemi w trzecim stuleciu naszej ery zmieniła się linia brzegowa i Apollonia nie mogła już dłużej pełnić roli portu morskiego. Z czasem ludzie przenosili się w inne regiony, aż pozostała tutaj jedynie mała społeczność chrześcijańska i ślad po mieście zaginął.

Na wzgórzu wśród ruin roztacza się piękny widok na okolicę i małe wioski
Przez łąkę ścieżka prowadzi nas do najbardziej charakterystycznego elementu ruin - Domu Agonothetów z II w. n.e. Jest to najlepiej zachowany fragment Apolloni, który został zrekonstruowany z fragmentów i kolumn znalezionych podczas wykopalisk.

Budynek ten prawdopodobnie był przeznaczony dla władz miasta

Wiadomo również, że we wnętrzu odbywały się walki gladiatorów, słowo "agontheta" oznacza uczestnika takich walk
Po północno-wschodniej stronie od Domu Agonthetów widać resztki kamiennych przyziemi - pozostałość po "ciągu handlowym miasta".

Można sobie jedynie wyobrazić jak niegdyś wyglądały tutaj budynki oferujące różne towary i usługi

Mijamy też częściowo odkopane fundamenty łuku triumfalnego

Na terenie kompleksu odnajdziemy liczne kanały i zespoły studni, które rozprowadzały wodę po całym mieście

Zaskakujące jest to, że te rozwiązania "sieci wodociągowej" pochodzą z IV w. p.n.e.

Kończymy zwiedzanie równo z zachodem słońca i spotykamy podróżników Defenderem, którzy będą tu nocować

Sympatyczna rozmowa z francuską rodziną i m.in. otrzymujemy od nich francuskie winko na wieczór
Do plaży przy Adriatyku mamy w linii prostej około 10km, kierujemy się do miejscowości Topoje za którą kończy się droga asfaltowa. Dość szybko odnajdujemy szutrową ścieżkę, która prowadzi wprost na plażę. Po piasku pokonujemy kilkaset metrów w poszukiwaniu ustronnego miejsca na rozbicie obozu.

Rozkładamy stoliki i krzesełka, zaledwie kilka metrów od brzegu morza

Pora na obiado-kolację

Jest też czas na przetestowanie nowego nabytku - Raki RRushi - diabelnie mocny i po całym dniu niestety ciepły napitek
Poniżej kilka zdjęć z zabawy w naświetlanie. Ciemna sceneria na plaży z dala od obozu była idealną pracownią do eksperymentów z aparatem.

Zdjęcie pt. "Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem i Monika"

Zdjęcie pt. "Autoporwanie"

Zdjęcie pt. "Moje drugie ja"

Zdjęcie pt. "Manifest Kacpra"

Kilkanaście minut pracy z gwiazdami nad Adriatykiem

Ostatnia świeca gaśnie przed północą i wpadamy w objęcia Orfeusza