Pożegnanie z Serbią
Budzimy się prawie pod samym wejście na teren naszej kolejnej atrakcji, ale zawitamy dzisiaj jeszcze na przejście graniczne z Kosowem, odwiedzimy kaplice czaszek w Niszu oraz będziemy naprawiać auto w polowych warunkach. Po prostu kolejny dzień pełen wrażeń.

Na klepisku, które normalnie służy za parking dla odwiedzających diabelskie skały, skutecznie się zadomowiliśmy

W oddali brama i drobne stragany, a z prawej kawałek naszego obozu

Pora na śniadanko
Znajdujemy się w paśmie gór Radan z najwyższym szczytem Šopot o wysokości 1408m. To pasmo górskie oddziela doliny dwóch rzek: Toplica i Jablanica.
Wiosną 2010r. góry te wzbudziły wielkie zainteresowanie mediów z powodu drogi niedaleko wioski Ivanje, która to miała łamać prawa grawitacji. Auta jechały ku górze bez użycia silnika, jednak ostatecznie okazało się, że jest to jedynie zjawisko iluzji optycznej, jednak droga ta wciąż przyciąga turystów. My nie mieliśmy niestety czasu żeby to sprawdzić.

Diabelskie wrota

Rzut oka na mapę i trasę wycieczki

Zakup biletów i o dziwo otrzymaliśmy broszurki w języku polskim

Pierwsza z drewnianych rzeźb przy wejściu miała szybko swoich adoratorów
Ścieżka biegnie praktycznie cały czas wzdłuż strumienia, który ma swoje źródło, o nazwie nie innej jak "Diabelskie Źródło", u podnóża diabelskich skał.

Bardzo przyjemnie spaceruje się w tym miejscu
Kolor strumienia i całe koryto rzeczki jest zabarwione na rdzawo-pomarańczowy, a to za sprawą wysokiego stężenia minerałów (około 15g na litr wody). Na skali kwasowości woda tutaj wykazuje jedynie 1,5pH.

Woda wysokozmineralizowana nabiera tutaj prawdziwego znaczenia

Trasa nie jest długa i męcząca, mimo tego znajdziemy liczne ławeczki i miejsca na odpoczynek

Można odnaleźć tutaj piękne krajobrazy

Na uwagę zasługują również stare drzewa z powykręcanymi gałęziami

Ma się wrażenie, że niektóre gałęzie chcą nas złapać, chyba diabły rzuciły na nie jakiś urok

Na trasie miniemy też jeden drewniany, malowniczy mostek

Trafiamy do "Diabelskiego Źródła", to stąd swój początek bierze pomarańczowy strumień
Od źródła dzieli nas zaledwie kilka kroków do formacji skalnych zwanych diabelskimi. Możemy ich tu odnaleźć ponad 200, położonych na wysokości ponad 700m n.p.m.

Ostatnia prosta

Aby dokładniej podziwiać krajobraz należy pokonać jeszcze kilkadziesiąt schodów prowadzących na drewniany taras widokowy

Kładka prowadzi nad dawnym korytem rzeki i wspina się schodami na sąsiednie zbocze

W palącym słońcu, jeden za drugim, powoli kroczymy się po wąskich schodach

Grupowe zdjęcie z diabelskimi skałami w tle
Stożkowate kominy mają od 2 do 15m wysokości i od 4 do 6m szerokości przy podstawie. Wiele milionów lat temu był to aktywny sejsmicznie rejon świata, na skały o nieco większej miękkości opadała przeważnie twardsza bazaltowa powłoka.
W wyniku erozji za sprawą wody i powietrza uformowały się większe (wolniej kruszące się) "czepeczki" i smukłe (szybciej kruszące się) "nóżki", stąd mamy efekt jakby "grzybków" utworzonych ze skał.

Jest to największe nagromadzenia stożków, które można podziwiać na terenie "Davolja varos"

Z tego miejsca naszym celem staje się druga platforma widokowa po przeciwnej stronie góry, którą widać na zdjęciu

Panorama z drugiego zbocza, widać punkt widokowy i prowadzące do niego schody, gdzie robiliśmy zdjęcie grupowe

Docieramy do celu znowu nieco zmęczeni

Krótka chwila na odpoczynek

Mały podest z rozsianymi skalnymi grzybkami po obu stronach wzniesienia

Szeroka panorama na diabelskie wzgórze
Od 1959r. "Davolja varos" podlega serbskiej ustawie o ochronie przyrody, a od 1995r. decyzją serbskiego rządu miejsce to zostało uznane jako pomnik przyrody pierwszej kategorii i nominowane w kampanii dot. siedmiu nowych cudów świata.

Schodząc w dół można jeszcze zobaczyć mały drewniany kościółek

Jest tutaj kilka ciekawych ikon i kawałków kamieni ozdobionymi freskami

Przy kościółku spotykamy też sympatycznego acz małomównego starszego Serba

W tym miejscu można chwilę odpocząć i m.in. kupić wodę na małym straganiku

Wracamy na parking, zapalamy auta i udajemy się w dalszą drogę
Wracając na drogę nr 25 znajdowaliśmy się zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z Kosowem. Wiedzieliśmy, że stosunki Serbii z tym rejonem są nadal dosyć napięte, niemniej jednak postanowiliśmy się rozeznać. Trasa przez Kosowo mogłaby nam zaoszczędzić nieco drogi do Macedonii.

Na pierwszy rzut oka przeraziła nas długa kolejka samochodów ciężarowych

Sznur aut oczekujących na odprawę miał kilkanaście kilometrów

Droga do przejścia granicznego była w ciągłym remoncie, w kilku miejscach trzeba było czekać na przerwanie pracy przez drogowców

Trasa ta w niedługim czasie będzie miała zupełnie nową nawierzchnię

Miejscami kurz był tak potężny, że utrudniał widoczność
Docieramy ostatecznie do celu, gdzie mieści się posterunek graniczno-policyjny Merdare, Serbowie nie uznają bowiem tego miejsca za pełnowartościowe przejście graniczne.
Razem z Karolem udajemy się do budki policjantów celem ustalenia czy jest bezpiecznie, bo nasz MSZ zaleca turystom nie przekraczanie granic Kosowa. Funkcjonariusz w średnim wieku początkowo nie daje się wciągnąć w rozmowę o ogólnej sytuacji w Kosowie i doradza, że do Macedonii możemy jechać po terytorium serbskim. Ostatecznie informuje nas, że miał już doniesienia o kilku gwałtach i strzelaninach tego dnia, więc nie jest super bezpiecznie i nikt nam takiego bezpieczeństwa nie zagwarantuje.
Decydujemy się nie kusić losu i poruszać się nadal po drogach Serbii.

Auta zostawiamy tuż przed posterunkiem policji i udajemy się do blaszanych baraków, miejsca urzędowania mundurowych
Po krótkiej wizycie na pograniczu z Kosowem wracamy głównymi drogami, przez miejscowości Kursumlija i Prokuplje, do miasta Nisz, gdzie przy okazji chcemy zobaczyć kaplicę czaszek, o której udało się wyczytać w przewodniku.
W trakcie przejazdu Karol konsultuje telefonicznie swoje stuki w tylnym zawieszeniu i dostaje diagnozę, że trzeba rozebrać i przejrzeć blokadę w tylnym moście. Aby dobrze się do tego przygotować należy nabyć olej przekładniowy, który na nowo trafi do tylnego mostu po naprawie.
Szukając po trasie sklepu z tym specyfikiem trafiamy w małej miejscowości na stragan miłego staruszka, który zaprasza nas do swojego świata sznurków, pasków i miliona innych drobiazgów.

Początkowo starszy pan woła nas do siebie i pokazuje, że jego sklep działa od 1907r.

On sam ma ponad 80lat, a interes został założony przez jego ojca, po którym to on go przejął

To co na zewnątrz było tylko przedsmakiem tego, co można zobaczyć w środku

Wszelkie linki, liny, sznurki, uprzęże, smycze czy miotły to ręczna robota
Z kamerą wśród magii sklepu, jedynie około 30sek. meteriału, bo bateria nam się niestety wyczerpała
Po ponad godzinie jesteśmy w Niszu, trzecim co do wielkości mieście w Serbii, którego nazwa pochodzi od płynącej tu rzeki Niszawy. Niewiele osób wie również, że Nisz był tymczasową stolicą Serbii podczas I wojny światowej, kiedy Austria zaczęła okupację Belgradu.

Ścisłe centrum i widok na fontannę na placu im. Kralja Milana

Na placu stoi również pomnik wyzwolicieli miasta, które z rąk tureckich zostało wyzwolone dopiero w 1878r.

Bliskie spotkanie z lusterkiem autobusu miejskiego, skończyło się na otarciu i pouczeniu ze strony pana kierowcy

Parkujemy na skrawku zieleni zaledwie kilka kroków od wieży czaszek
Za drobną opłatą (1,5EUR) można zwiedzić Ćele Kule jak mówią o niej Serbowie, pamiątkę po serbskiej rebelii przeciwko Imperium Osmańskiemu.
Siły serbskie, dowodzone przez gen. Stevana Sindelića, toczyły tutaj bój przeciwko wielokrotnie większej armii osmańskiej. W obliczu klęski generał przygotował zasadzkę, po osaczeniu przez oddziały tureckie wysadził magazyn z bronią w powietrze. W samobójczym zamachu zginęło wielu Serbów, ale co najważniejsze okło 6tys. Turków.
Dowódca armii osmańskiej w akcie wściekłości, nakazał zebrać ciała serbskich żołnierzy i z czaszek wybudować wieżę ku przestrodze.

Wieża była wysoka na 3 metry, złożona z 952 czaszek, umieszczonych w 57 rzędach

Uważa się, że zachowała się tu czaszka należąca prawdopodobnie do samego generała Sindelića

Obecnie jest tutaj 58 czaszek
Pod koniec XIX w. wieżę obudowano, wznosząc kaplicę, ponieważ budowla niszczała od warunków pogodowych oraz ubywało również czaszek, które zabierali krewni zmarłych, aby je pochować.

Kaplica została w 1979r. uznana za zabytek narodowy i jest chroniona przez rząd Serbii
Z Niszu ruszamy autostradą nr 1 (E-75) na południe w kierunku przejścia granicznego z Macedonią, kiedy kończy nam się autostrada znajdujemy miejsce nad rzeką, gdzie przychodzi czas na obiad.

Na autostradzie przypadkowo podróżujemy w kolumnie z Defenderem z Niemiec

Dość szybko znajdujemy idealne miejsce na obiad tuż przy rzece
Karol od razu znika pod autem i rozpoczyna demontaż tylnego mostu. Otrzymujemy również informację, że Ola i Marcin odebrali auto i są już w Serbii, więc do Macedonii wjedziemy w komplecie.

Na małym wzniesieniu, które posłużyło jak lewarek rozpoczynaja się auto-serwis

Po kilkudziesięciu minutach tylny most ląduje w naszych rękach

Cały mechanizm, dość ciężki, trzeba wyjąć uważając przy tym by nie dostały się żadne zabrudzenia

Blokadę idealnie mocujemy w środek koła zapasowego i za pomocą półosi sprawdzamy luzy na przekładniach

Wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku, nie widać nic niepokojącego

Prace nad złożeniem całości trwają aż do zmroku, a Ola z Marcinem docierają nad naszą miejscówkę koło rzeki

Nic tak nie regeneruje po ciężkim dniu pracy pod autem jak orzeźwiająca kąpiel

Zaginamy czasoprzestrzeń, bo mamy jeszcze około 100km do granicy z Macedonią
Na przejściu granicznym zjawiamy się krótko po godz. 22-giej, nie ma wielkich kolejek. Celnicy zaglądają jedynie do bagażnika pierwszego auta, a każda następna ekipa podaje tylko paszporty i jesteśmy wolni.
W Macedonii pokonujemy około 80km i w okolicach miejscowości Veles znajdujemy piękną polankę na nocleg, głowę do poduszki składamy grubo po północy.

Welcome to Macedonia